Oto i on, humorystyczny, a zarazem kontrowersyjny, cykl opowiadający o Realu Madryt, który jak bumerang powraca na LosBlancos.pl. Osławiony przez Freelovera, kontynuowany przez Iluvatora, aby wreszcie zostać dokończonym przez Michaliva. To właśnie jego klawiaturze zostało powierzone zakończenie rzeczy doskonałej, cyklu innego niż wszystkie. Drodzy Użytkownicy, przed Wami słynny Alfabet Królewskich!
H, jak...
Higuain Gonzalo - I w zasadzie na tym można by zakończyć. Wyrosła nam gwiazda z prawdziwego zdarzenia. Wyrosła nam gwiazda, która do tej pory na łeb na szyje bije wszystkie inne euro-gwiazdy. A mowa tutaj oczywiście o Ronaldo, Kace i Benzemie, którzy sprowadzeni zostali za olbrzymie pieniądze. Nasza „Pesteczka” pokazuje w tym sezonie, że już można zaliczać go do grona najlepszych napastników świata i nie będzie to jakiekolwiek nadużycie.
Swego czasu niejaki Luis Enrique twierdził, że gra Barcelony doprowadza go do orgazmu. Ciekawe co dzieje się w jego spodniach, gdy widzi jak w barwach największego rywala takie chucherko jak Gonzalo pakuje gola za golem. Nie dość, że liczba tych bramek jest nadzwyczajna, to i również piękno trafień powala na kolana, jak chociażby gol z ostatniej kolejki. Czy też bramka przeciwko Saragossie, a może z Mallorcą? Można by było tak wymieniać i wymieniać.
A gdy już tak dalej będziemy poszukiwać tych pięknych bramek, przypomnimy sobie, że Higuain to nie tylko piękno, ale i emocje. Któż właśnie najbardziej wkur...wkurzał kibiców Blaugrany w ostatnich latach? No kto? No Gonzalo. Kiedy Katalończycy już witali się z gąską, Pipita wpakował bramkę Espanyolowi. Kiedy Puyol z Valdesem klaskali z radości, że nie będą musieli klaskać na Bernabeu, znów pojawił się Argentyńczyk i pozamiatał - strzelił bramkę i zapewnił Królewskim Mistrzostwo w Pampelunie. Tydzień później... cóż, szpaler.
Krótko o Higuainie napisać się niestety nie da, bo od dawien dawna nie trafił się nam taki brylant. Przychodził do Madrytu z myślą o przyszłości i ta przyszłość właśnie nadeszła. Wielki Higuain na pewno poprowadzi nas do wielu tytułów.
Hierro Fernando - Krążą plotki, że w niedzielę przyjechał do Warszawy nie głównie po to, aby oglądać losowanie grup eliminacyjnych Mistrzostw Europy 2012, ale szukać młodych, polskich talentów. Razem z Vicente del Bosque miał udać się na treningi mniej znanych polskich klubów i mówi się, że trafiła się jedna perełka. Hierro jak ma trochę czasu to buszuje w „guglach” i najnowszych grach sportowych w poszukiwaniu gwiazd dla Realu Madryt.
A gwiazdą jest on sam. Jeden z najlepszych hiszpańskich obrońców w historii futbolu. Wieloletni kapitan Realu Madryt, wielokrotny reprezentant kraju, do dziś z reprezentacją związany. Szkoda, że Leo Messi i Cristiano Ronaldo nie grali nieco wcześniej, bo jestem pewien, że przy Fernando wyglądało bladziutko. Jak każdy z resztą.
Szkoda tylko, że działacze Realu Madryt nie są tak wspaniali jak Hierro i na koniec jego przygody z Madrytem rozprawili się jak z rozkapryszonym Robinho. Wielka szkoda, że nie było hucznego pożegnania, sztucznych ogni - Hierro na pewno sobie na to zasłużył. Był niesamowitym piłkarzem, niesamowitym piłkarzem, którego pamiętać będziemy na zawsze.
Huntelaar Klaas-Jan - Czyli coś w deseń Karima Benzemy. Francuz jest współczesnym Huntelaarem Realu Madryt. Miejmy tylko nadzieje, że jego kariera potoczy się „nieco” lepiej, niż Klaasowi, któremu, ładnie mówiąc, w stolicy Hiszpanii nie wyszło.
Karim powinien wziąć z niego przykład, tfu, źle dobrałem słowa. Powinien popatrzeć na to, co zrobił Huntelaar i sprężyć się 5 razy bardziej. Obydwaj przychodzili do Madrytu ze słabszych, o wiele słabszych lig. Obydwaj uważani byli za lek na wszelkie zło. Mieli pakować gola za golem. Początek Huntelaara w Madrycie był znakomity, potem tylko gorzej. Karim od początku gra padakę, ale co niektórzy twierdzą, że forma wzrasta. Miejmy nadzieję.
Powracając do Huntera. Szkoda chłopa, cóż więcej. Za wysokie progi ten Real Madryt. Troszkę się nam Huntelaar pogubił na Bernabeu. Nie potrafił się odnaleźć, był cieniem samego siebie. Wszyscy pokładali w nim olbrzymie nadzieje, a tu taka klapa. Trzeba było go sprzedać, bo się zwyczajnie nie nadawał. Miało być pięknie, a jak zawsze nie wyszło. I można spekulować, co by było, gdyby Holender jednak w Madrycie pozostał. Ale tak samo można spekulować, czy gdybyśmy wpuścili w pole Ikera Casillasa to nie odkryto by w nim nowego talentu.
Na Concha Espina nigdy nie było czasu. Wszystko musiało się wydarzyć natychmiast. Albo wielki początek albo wielka klapa i tyle Cię widziano. Boleśnie przekonał się o tym Klaas, który teraz dogorywa w Milanie, przeplatając chwile przebłysku z ogrzewaniem ławki rezerwowych. Szkoda. Futbol.
Helguera Ivan - Wspomnień ciąg dalszy. To właśnie Ivan miał tą niesamowitą przyjemność dzielenia szatni z Fernando Hierro. To właśnie on bardzo często występował z nim na środku obrony, czyniąc blok defensywny Realu Madryt nie do przejścia. Niestety, Ivanowi na zawsze przylgnęła łatka piłkarza przeciętnego z tendencją zwyżkową. Nigdy nie można było spotkać się z określeniem piłkarza klasy światowej.
Ale to, co słuchamy, a to, co sami myślimy to dwie różne rzeczy. I dlatego bardzo chętnie zaliczam Helguerę, tego z najlepszych lat, do zawodników najlepszych na swojej pozycji. Hmm, tylko na której pozycji? Bo przecież Ivan rozpoczynał jako defensywny pomocnik i to z naprawdę świetnym skutkiem. Najpiękniejsze chwile Hiszpan przeżywał chyba za kadencji Vicentego del Bosque. Ale wtedy również narażany był na największą krytykę. Cały Madrytu był pod olbrzymią obserwacją. No a obrywało się obrońcom, obrońcom z resztą wspaniałym.
Zapewne niewielu zgodzi się z tym, co napisałem. Helguera? Przecież nawet o nim głośno nie było, przecież w ogóle nie rzucał się w oczy. Przecież jeśli już o nim wspominano to tylko ze względu na tracone bramki. Tutaj błąd, Ivan to klasa sama w sobie. Wykonywał olbrzymią robotę, a do tego pozostawał nieco w cieniu, wykonując po prostu swoją pracę, za którą, nie mniej jak Hierro, powinniśmy z największym szacunkiem podziękować. Gracias, gracias, gracias!
Hugo Sanchez - Czyli pan przewrotka. Nie wiem dlaczego ale gdy słyszę o Meksykaninie to kojarzą mi się z nim od razu ekwilibrystyczne bramki, i chyba nie tylko mi. Taki już urok futbolu, że to, co najpiękniejsze często po prostu zapada w pamięci. A, że pamięć nasza ogromna, to powinniśmy pamiętać również inne rzeczy.
Jak chociażby to, że pan Hugo zdobył dla Realu Madryt 164 gole. Ale co ciekawsze, barwy Blancos zasilił z... Atletico Madryt. Tak, przeszedł do Realu z lokalnego rywala, dla którego zdobył 54 gole. Iście niesamowity wyczyn. Niewielu na świecie jest zawodników, którzy zdecydowaliby się na taki ruch.
Hugo zapisał się złotymi zgłoskami w historii Królewskich. Przez kibiców pamiętany będzie zawsze, będziemy mu dziękować za wspaniałe gole. Madridistas mieli wspaniałą okazję do podziękowania mu za wszystkie trafienia, gdy ten trenował Almerię. Bernabeu owacyjnie przywitało Sancheza, który nie ukrywał wzruszenia. Niestety były reprezentant Meksyku nie jest już trenerem Almerii.
Taka literka H historyczna. Każdemu za coś dziękujemy, za coś go wychwalamy, ale takie legendy po prostu mają to do siebie, że nie możemy przejść obok nich obojętnie. Od dzisiaj Hugo może sobie do CV dopisać kolejny wielki sukces - znalazł się w Alfabecie Królewskich. I jak do takiego wydarzenia ma się zdobycie marnego Złotego Buta? Panie Hugo, gratulujemy!
P.S. H, jak... Hagen.
Alfabet Królewskich - G!
Alfabet Królewskich - F!
Alfabet Królewskich - E!